Rozmiar: 2657 bajtów

Rozmiar: 16204 bajtów


W MROKU GWIAZD
STRˇCENI Z NIEBIOSÓW

"Za karę będę na okropnej skale
stróżował stoj±c - bez snu i bez ruchu -
jęk niczyjego mój nie dojdzie słuchu".
(Eschylos)

KOLOSSEUM
Ruinom podobne serce moje - ruinom ogromnym i bezkształtnym.
Mrok otulił rany moje, po lazurowych wschodach prowadzi mię zaduma w gwiazdy.
Orionie - bracie mój - w purpurowym zarzewiu wulkanów czytaj±cy księgę przeznaczeń –
i Ty, siostro moja, Andromedo, przykuta do skał -
i Ty, łami±ca dłonie Kassjopeo, której córę wzięło na pożarcie złe bóstwo - miło¶ć -
i Ty, Perseuszu, co¶ ujarzmił obł±kane loty swojej wyobraĽni -
i Ty, Liro - i Ty, Orle - i Ty najbliższa nam grzywo Centaura -
- - o gwiazdy magowie, składaj±cy hołd wiekuistemu
Sercu! wzmocnijcie chlebem aniołów mnie - najciemniejszego z tułaczów po otchłani.
Męczennicy, których krew użyĽnia bryłę ziemi - dziewice,
niewinniejsze od lilij - młodzieńcy, dzielniejsi od pos±gów -
rozżarzcie serce moje w trybularz wonno¶ci.
I wy, Geniusze, tworz±cy wszechład - ogień - wodę -
powietrze i ziemię - eter - gwiazdy i przeznaczenie gwiazd -
¶wieczniki boże siedmioramienne - skrysztalcie mię w klejnot wiedzy, na czarny węgiel
rzućcie iskrę objawień.
Aniołowie - otom dzwon zaryty w piasku, - na wysokich górach postawcie mię braciszkowie
moi, abym dolinom opętanym w mroku zwiastował Ducha Pocieszyciela.
O ruiny serca mego, ogromne i bezkształtne w mroku -
poryte w±wozami cieniów, które nie wiem dok±d zawiod± -
pełne więzień i klatek na potwory, łańcuchów - pordzewiałych od krwi i od łez -
- - Czarodzieje filtruj± jady w przysionkach mych –
handlarze br±zu rozkopuj± łono moje -
niewolnice kupcz± wdziękiem Afrodyty -
dumna młodzież rozpędza rydwany dokoła cyprysowych alej -
lecz łasice gryz± się w ciemno¶ciach, a ¶wierszcze sykaj± nad upadkiem –
i tylko gwiazdy w¶wiecaj± się w sznur obł±kanych nieskończono¶ci± okien –
a niebiosa rozwinęły się nade mn± jako szafirowe żagle.
O przedwieczne rodzeństwo - aniołowie, geniusze i ¶więci
- dĽwignijcie księżyc z fali morza zamarzłego - niechaj
cyprysy moje napełni szmerami proroctw.
W ciemno¶ci schodzi duch mój - w ciemno¶ci roztęczone
od szronu gwiazd - łyskaj±ce kopuł± czarodziejskiego zamku,
gdzie białe rumaki str±cane s± w głuche jeziora - a w fosforycznych
grotach ucztuj± widma
potępionych.
Tysi±coletnie drzewa rozpaczy nurzaj± się w lodowych zatorach, płyn±
szeleszcz±c ku
bezdennym wirom - nad mglistym wyżłobionym lejem Anioł ¶mierci waży się w krwawym
płomieniu, niby dogorywaj±ca na wieży latarnia.
Stało się -
zapadły pode mn± niebiosa - kępa kwiatów pod stop±
kamiennego olbrzyma i mrok zgęstniał dokoła.
A nad głębiami Duch - gasi gwiazdy - i rozżarza wizje,
¶wietniejsze od gwiazd.

ORLAND SZALONY

Kwiat purpurowy marznie w lodowni
w upiornych snach -
dusza się bł±ka z zarzewiem głowni,
by odgnać strach.
Tam - na Golgoty krzyżu zawisn±ł
skrwawiony kruk -
harfa gra cicho - skrzydłami błysn±ł -
u Jego nóg.
A więc ty dziki ¶miechu zw±tpienia
składasz Mu łzy?
lecz to ko¶ć ludzk± gryzły w¶ród cienia
zgłodniałe psy.
***
Hej, z maurytańskich ¶piewnych sal
wybiega do mnie hurysa -
czarny płomienny jedwabny szal
z nagiego łona się zwisa.
Cyprysy - księżyc - fontann szmer -
zaczarowane ganki -
oddałem wszystkie gwiazdy sfer
za u¶cisk - Maurytanki
***
Newady ¶nieżne zimne szczyty,
gdzie orły z wrzaskiem kr±ż± głodne,
sosen pachn±cych malachity,
mórz turkusowych szlaki wodne -
- widzę - czerwony mam puginał
i krwi na ciele moim plama,
gdym j± w u¶cisku już przeginał
ona o ¶mierć prosiła sama.
***
Na szafirowej snów głębinie ton± żałobne gwiazd mych łodzie. A cień olbrzymi jest na wodzie od chmury, która za mn± płynie. .................................................... Oh, w ciemnym borze słowiki nuc± – oh, na przestworze gwiazdy! Polecę – polecę – polecę – i umrę – u Twoich nóg – w głębokiej zimnej rzece – ¶ni±c, że u Twych nóg. Dusza jak płomień biały przez morza leci w dal – ja rycerz Boga – lecz o skały zmiażdżyłem ¶więty Gral. W przydrożnej wisiał iwie skrwawiony za mnie Mistrz – ja mam ran więcej! – orły żywi? mym sercem – burzo ¶wiszcz! *** Ach, w modrzewiowym dworze, gdzie na kominku płonie żar, (obroń tej my¶li, Boże!) podejdę w ciemny jar – – – wilkołak! będę pił tw± krew – i twoje dziatki – – wydrę im z trzew ten jęk – co serce opiekielni – matki! – – – Zawyje wicher, zawierucha – i ujrzysz mojego ducha, jak twojego męża głowę będę wlókł – i uderzę ni± o przydrzwia br±zowe. .................................................. i ujrzysz mię w¶ród zamieci, jak będę go wlókł i krwawił – i wyć będziesz – ty – i twoje dzieci a szatan będzie z borów błogosławił tej mocnej – jak ¶mierć – zem¶cie. CZARNE XIĘSTWO Pn± się we mnie czarne kwiaty – złote kwiaty, krwawe kwiaty. Nim Adonai przekl±ł Kainowe plemię, w ogniach Mocy i Tronów – i z kryształowych dzwonów płynęły w rajskich melodiach na ziemię. Ach, moich szaleństw złowieszcze bachmaty wichrem spadaj±cych komet uniosły mię w zamek Chimery – gdzie na krzyżach rozpięte ciała męczonych Andromed i niemych Sfingów twarze wniebowzięte. (... fosforycznie przy¶wiecaj± w studniach głębokich – jednookich olbrzymów do się zapraszaj±...) Na rubinowym szczycie, oplatana w liany zodiaków i w sennych mgławic protosfery – ta Jeruzalem piekielna. Jako płon±ce ¶wieczniki żarz± się wichrem rozszumione cedry. W¶ród kolumn czarnych olbrzymiej katedry zaklęta postać leży Bereniki. (...a hymn jej graj± zimowe bezdroża – a skrzydła nad ni± roztaczaj± Samumy...) *** Po¶ród nocy miesięcznej przez bory orszak magów płynie w adoracji – nad słoniami złota ki¶ć akacji – to królowie wyklętej Gomory. W tańcu zwiewnym czarne bajadery l¶ni± skarbami podziemnej Golkondy – na warkoczach skrz± gwiazdy, drż± szmery, jak kwiat mango w ¶ciskach anakondy. Wrzask tympanów, brzmi± dzikie litaury od pochodni gorej± ¶wi±tynie – to na Olimp się wdarły Centaury i w zadumie patrz± na boginię: (a hymn jej graj± zimowe bezdroża – a skrzydła nad ni± roztaczaj± Samumy). Nad cystern± – w¶ród gor±cej spl±tanej zieleni kwiat niewoli brudn± krwi± się mieni i zatapia w mrok siny swe łona – duch za krat± wytęża ramiona. *** Kiedy w rajskim dziwnym ¶nie, kołysany szeptem tulipanów, w mgły srebrzyste przyoblokłem Cię na dalekiej wyspie Oceanów (w dziwnym rajskim ¶nie) – szafirow± w ogniach różę wydałem z mojego łona i łzy szczę¶cia w gwiazd wichurze przetopiłem w blask Oriona – ach, ujrzałem Cię: przeze mnie wy¶nion±, przeze mnie na wiek potępion±. Bóg m¶ciwy wyrwał ten mój serca kwiat i w¶ród jaskiń księżyca pustyni duchy wężów się wzniosły w las pinij – a ze skał niebosiężnych gdzie był chram patrzył na mnie fosforyczny zimny gad – ze skał, gdzie się tuli ¶mierć do bram. *** Ponad głębiami czarnych wód leżę w bezchwiejnym cichym ¶nie i marzę – że ty przyjdziesz mnie tam str±cić – w swój piekielny gród. Na uczcie króla Baltazara sfałszował mag żydowski Daniel jej złote imię Upharisim. A imię znaczy: – nie¶miertelny – i bogom równy! – zejdĽ w zimny wilgny loch ko¶cielny – i zabij tę, co w trumnie ¶ni – – Mené – Mené – co w mroku l¶ni – – jej duszę – serce twe – – Mené – Mené!.. – a ja Cię wzniosę – bóg piekielny – – ponad aniołów czyn nie dokonany – ponad najgłębsz± z gwiazd – o której mędrce marz± i szatany... O pani konaj±cych, nasyć oczy moje. LUCIFER Jam ciemny jest w¶ród wichrów płomień boży, lec±cy z jękiem w dal – jak głuchy dzwon północy ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy iskr± mych bólów, gwiazd± mej bezmocy. Ja komet król – a duch się we mnie wichrzy jak pył pustyni w zwiewn± piramidę – ja piorun burz – a od grobowca cichszy mogił swych kryję trupio¶ć i ohydę. Ja – otchłań tęcz – a płakałbym nad sob± jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach – jam blask wulkanów – a w błotnych nizinach idę, jak pogrzeb, z nud± i żałob±. Na harfach morze gra – kłębi się rajów pożoga – i słońce – mój wróg słońce! wschodzi, wielbi±c Boga. *** Mój duch łańcuchem skuty do ziemi zwisa się w przepa¶ć piekielnych łon, a kiedy targnie skrzydły dĽwięcznemi głuche się echo ozwie jak dzwon. U stropu mego gwiazda się żarzy [serce me niegdy¶ kochało j±] w przeanieleniu złotych witraży ona się moj± syciła krwi±. I znowu płynie gwiaĽdzista rosa pocałunkami morderczych zórz – oh, duszo moja, – oh, me niebiosa rzućcie swe płomię w toń zimnych mórz. Nie pragnę słońca – osamotniony – z krzykiem złowieszczym upiornych snów, bogowie mogił – jam był pojony jak wy – ambrozj± – i mlekiem lwów. Organy graj± Requiem żalu, organy graj± Centaurów zgon, jak Damajanti płacze po Nalu, tak burze, wichry, grady i szron – wieczne s± we mnie, jak łzy w opalu. MELANCOLIA Żyje we mnie jaki¶ głuchy płacz – jaki¶ szloch i płacz żyj± we mnie – niby w grocie kropel wieczny szmer, monotonnych kropel tajny jęk. Ach, to pewno przez zbójców zamkniona ze złotymi włosami królewna, (kasztelanka lub może pasterka) – z pól słonecznych, zielonych porwana, zapomniana i w grocie zamknięta i na ostrych się głazach krwawi±ca, złotowłosa mej duszy królewna. Łzy jej płyn± jak zimne opale – łzy jej płyn± w¶ród nocy bez końca i w kryształy się lodów zwisaj± – w zamy¶lenia wisz±ce kryształy. Raz przypełzn±ł za szmerem do groty – w±ż kusiciel tych głuchych podziemi, usta chciwie przyłożył do zdroju, lecz się wzdrygn±ł przed blaskiem nieznanym. A wtem ujrzał w szafirach królewnę – i swe oczy głębokie, zielone – swoje oczy widz±ce w ciemno¶ciach utkwił w blad± płacz±c± królewnę – i m±drymi oczyma pocieszał i prowadził j± w otchłań głębok± – fosforycznie oczyma przy¶wiecał – i prowadził j± w otchłań głęboko. Aż pod ręk± skrwawion±, co szuka w mroku oparcia, grać poczęły jak dzwony bólów zamarzłych kryształy: chór wyklętych pielgrzymów nuci pie¶ń grobu ¶więtego, tarcze błyskaj±, miecze – w¶ród kolumn czarnych bazaltu – wstaj± z grobów olbrzymy – szał rozpędzonych rumaków niesie ich w ogniach kłębi±cych przed gniewny w piorunach Majestat. Nagle ¶piewy zamilkły – głucha rozwarła się otchłań – widać w¶ród ¶cian ob¶lizgłych mgł± wiruj±ce jezioro. I na zwilgłym grobowcu drż±ca spoczęła królewna, w otchłań patrzy bezgwiezdn± – w ¶wi±tyń zagasłych jezioro. Wtem j± mocne ramiona objęły w krzyku bezdĽwięcznym i uniosły nad otchłań skrzydeł sze¶cioro i ujrzała cudown± w blasku miesięcznym – twarz Lucifera. *** Oto mej duszy ¶wi±tynia – z czarnych, jak miło¶ć, marmurów, gdziem lud spiżowych pos±gów zakl±ł nad głębi± rozpaczy. Niech wicher morski gra, niech str±ca lwów – Poskramiaczy w płynny wulkanów żar – w ogniowy pałac Ahurów. u napowietrzny most z bolesnych krwawych stygmatów między górami na morzu, jakoby nici pajęcze – i tu Cię będę niósł, jak chmura porwan± tęczę, na ten najwyższy cypl – w zorzy polarnej dwóch ¶wiatów. I Tobie oddam regiony, co w skalnych zboczach mej duszy, jak ametysty l¶ni±: sny prerie; sny jak miesi±c w borze, tę ¶cieżynę modlitwy, któr± szedł Chrystus raz w mroku. A dla mnie to bezbrzeżne kraterów gasn±cych morze, upiory ¶wiateł, wieczno¶ć, której już nic nie poruszy – chyba ten Bóg – co przyszedł mię potępić – w Twoim wzroku. KAIN Wyszła mi z boru – w złocie warkoczy z twarz± indyjskiej Bogarodzicy – w błękitnych iskrach – w srebrnej przeĽroczy – nadksiężycowej wieszczka ¶wi±tnicy... Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy – ach, – i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy. Jak wulkan krwawy w łonie Arymana, jak Samum, gdy się wichrami rozuzda – tak we mnie otchłań – gwiazdami przetkana leciała w państwo słoneczne Ormuzda. Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy – ach, i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy. Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża, zdradny labirynt ni królewskie ramię – miło¶ć zwycięży wszystko – wszystko złamie – ale nie miło¶ć drug± do pasterza. Więc ¦mierć przyzwałem – i ¶mierć odt±d żyje i wszech¶wiat cały grobowcem przywarła – – – – czuję mdły powiew – – – – w oczeretach gnije – – z tęsknoty – u nóg mych – umarła. Na pustej trzcinie rozpi±łem jej włos – nad ¶ni±c± rzek± schyliły się drzewa – wiatr cicho płacze – ptak mogilny ¶piewa – to los mój – los!... głębiny tajne pruć – milczenia głuche m±cić – jako stracona łódĽ od brzegu się odtr±cić – mieć gwiazdy – gwiazdy rzucić – i tylko piosnkę nucić – to los mój – los!... *** Magia mej duszy niechaj Cię wywoła z zarzewia komet czy z mroku przepa¶ci – przyjdĽ – ustroimy w lotus nasze czoła i gibkie ciała nasze nard nama¶ci. Pachn± mi dziwnie Twoje złote włosy, jak prze¶wietlone senne kłosy. Twych oczu lazur, jak górskie jeziora, w których się pławi czarna sykomora. A Twoje usta, pachn±ce jak róże – chłodne – jak płomień zaklęty w marmurze. W ogrodach piersi kwitn±ce jabłonie, jakoby księżyc w mgieł srebrnych oponie. Biodra toczone ze słoniowej ko¶ci, jako indyjska ¶wi±tynia miło¶ci. O przyjdĽ – na li¶ciach zwiędłych piszę ten sen mój obł±kany – rzucam je w strumień łez moich wezbrany – niechaj w anielskie odpłyn± zacisze – – Ale mi włóczni± sw± miedzian± potrz±sasz – i groĽna jak mrok – rozdzierasz serce moje – czarn± pian± dysze mi toń – ja pieczar tych smok – weĽ moje skarby i Twe zimne serce – opasz – niech błyszczy! Szmaragd Ci wspomni te zielone ł±ki, po których szli¶my strojni w asfodele – rubin – czy¶ćcowe jeziora rozł±ki – i miło¶ć, któr± oddała¶ w ko¶ciele innemu – a diament – moje serce dumne, stopione w ogniach i rzucone w trumnę. Na czole Twoim płomień chryzolitów, aby¶ widziała gwiazdy konaj±ce – ortoklast zimny, smutny jak miesi±ce zamrozi w oczach Twoich sen błękitów. Ale ci jeszcze składam te szafiry i perły jak chmury bezdomne, i krwawej jaszmy obł±kane wiry – na znak, że Ciebie nigdy nie zapomnę – pier¶cień Ci włożę z mrocznych karbonatów, bo się spotkamy – za progiem tych ¶wiatów. *** Kiedy Cię moje oplot± sny – jak białe róże – nie bój się kochać – ja – i ty w nieba lazurze. Ziemia, jak echo minionych dni, graj±ce w borze, a nasze duchy w¶ród martwych pni wieszaj± zorze. Serce mi splatasz koron± gwiazd, hymnem warkoczy – pode mn± góry, wieżyce miast – nade mn± – oczy. Dziwnie się srebrzysz, aniele mój, w tęczowym piórze – fontanny szemrz±, gwiazd iskrzy rój woniej± róże... *** Jest serca kraj na modrej morza fali, gdzie Centaur dzikiej poucza m±dro¶ci, gdzie bór indyjskie rozwiesza wonno¶ci i w wodospadach rzeka się krysztali. Tam żyjesz Ty – i Bóg mi Cię zazdro¶ci – weĽmie Cię – gdy serce moje spali. *** Błękitnym echem letniej żarzy, szumem kwiecistych traw – głęboko na dnie l¶ni i marzy w czarze krateru staw. Podziemnych duchów serce szklane gra Bogu dziwn± pie¶ń – jak Anioł dumne, nieskalane przez łzy ni ple¶ń. Tu chciałbym marzyć w noc gwiaĽdzist±, na czole mieć Tw± dłoń – i zej¶ć przed jutrzni± w uroczyst± głębok± zimn± toń. Lecz wiem, że wznosz±c nad anioły rajów Ci oddam moc – sam w głuche muszę i¶ć padoły w głębok± zimn± noc. *** Na księżycu czarnym wiszę patrz±c w gwiazd gasn±cych ciszę. W mroku dumnym i bezgło¶nym ze strzaskan± harf± snów płynę – szukam jej – nie odnajdę już. INFERNO Wichry i dżdże – niebo od gromów rozdarte, węże błyskawic i wycie szatanów – duch mój zgnieciony głębi± Oceanów szyderstwem kłuje sw± zastygł± wartę. – Ha, Belfegorze! doli twej zazdroszczę, bo ogień chłon±c, jak ptak nie¶miertelny – ¶wiatów gasn±cych bard, ksi±żę udzielny – w Ławrach swych grzebiesz mar anielskich moszcze. Skrzył fosforycznie, choć mróz lodowaty ¶cinał me żyły. I wyci±gn±ł skrzydło i pot uronił na żelazne kraty – syknęły z bólu – i pękły. Straszydło wszponia się we mnie swym wzrokiem bez powiek i szepce: masz mnie – jam twój skryty człowiek. ANANKE Gwiazdy wydały nade mn± s±d: – wieczn± jest ciemno¶ć, wiecznym jest bł±d. – Ty budowniku nadgwiezdnych wież – będziesz się tułał, jak dziki zwierz, – zapadnie każdy pod tob± l±d – – w¶ród ognia zmarzniesz – stlisz się jak lont. A gwiazdom odparł królewski duch: wam przeznaczono okrężny ruch, mojej wolno¶ci dowodem bł±d, serce me dĽwiga w głębinach l±d. Poszumy płacz± mogilnych drzew, lecz w barce życia płynie mój ¶piew. Ja budowniczy nadgwiezdnych miast szydzę z rozpaczy gasn±cych gwiazd. KALLYPSO Oh, brylantowe iskry na czarnym szafirze niebiosów – oh, serca mojego łabędzie... grobowce strasz± mnie, cyprysy w kirze, a jego nie ma, nie będzie... Lira mi pękła na grani ołtarza gdybym chciała serce wypłakać swym ¶piewem, Na górach pali się wulkanów żarza, jak kiedy leżał rozbitek pod drzewem. W br±zowej twarzy, okolonej mrokiem, paliły się oczy straszliwe: skrzydlate słońca gdzie¶ w jarze głębokim, dumne, szalone, złe a razem tkliwe. Raz – kiedy Centaur konał z mego noża – (poznaję teraz – kara boża...) Agralu! owo¶ pędził obł±kany po kamienistych puszczach i uroczn± pie¶ni± zakl±łe¶ gwiazdy, Kocytu szatany, abym ja była z tych, co w mękach nie ¶ni±, powieki maj±c kleszczami obcięte – dni moje – jako trawy zżęte... Bóg mi się zjawiał w czerwonym piorunie, za miło¶ć moj± darz±c tron z niebiosów – lecz jam wolała w¶ród lilij i wrzosów słuchać rapsodu na ¶piżowej strunie: noc – pożar – wyrżnięte narody i obł±kane widziadłem dziewice... Leciały do mnie duchów korowody za sw± królowę bior±c – Osmętnicę; więc czarodziejskie tworzyłam im raje – kwieciste, wonne zapomnień ruczaje. Był zmierzch. A na dnie groty gwiazdy się w jeziorze złociły, jak połamane w hieroglif miesi±ce – on – na samotnej skale, wychodz±cej w morze płakał – i słowa rzucał gorej±ce – krzyk przeraĽliwy, niby orła w klatce – wnętrza zadrgały we mnie – a już w matce. ...Płyń! do ojczyzny tęsknisz pewnie – płyń!... nogi całowałam rzewnie. Z wichrem poleciał w burzliwej zawiei straszydła ¶cigać i l±dy nieznane, Fal słucham morskich, zapatrzona w pianę, jako w truj±cy blady kwiat nadziei. O ty, co zimne okr±żasz padoły samotny ogniu! w zagrobowej ciszy siej±cy marzeń srebrnych asfodele – oto ofiarne ci składam jemioły – powiedz tej Mocy, która serc nie słyszy, że tak się zetli, jak serce – w popiele. KORSARZ Żywiołem mowa huragany wód. Lecz pomnę, żyłem nad brzegami rzeczki, poiły woni± mnie drobne kwiateczki i wierzb otaczał pieszczotliwy chłód. Migały rybek szybuj±ce strzałki, jak pier¶ kobieca ¶wiecił piasek miałki – woda szeptała: baw się ze mn±, baw... Wtem usłyszałem nade mn± w purpurze orły lec±ce piersi± przeciw chmurze, jak przeciw Persom para greckich naw. I szał mnie porwał – i miecz zardzewiony rzuciłem w serce kochanki wy¶nionej – i biegłem w puszcze, choć słyszałem jęk. A Bóg mnie przekl±ł. Ja przekl±łem Boga. Odt±d me serce nie zna, co jest trwoga i mowy innej, nad fal ciemnych dĽwięk. Na skałach leżał okrętowy tram. Topór do ręki. Wypłyn±łem ¶miało słońcu naprzeciw, co jeszcze nie wstało. Nade mn± orły dwa. Ja człowiek – sam. *** Tak jestem smętny, jak kurhan na stepie – a tak samotny, jak wicher na morzu – a tak zbł±kany, jak li¶ć na bezdrożu – a tak zwinięty, jak połoz w czerepie. Strasz± mnie widma i tajemne zbrodnie, ¶piewaj± rajów skrzydlate Ahury – gdybym rozedrzeć mógł na sercu chmury rzucałbym gwiazdy sercom bezpodobnie! Gdybym ja nie był druid skamieniały, bóg bez wieczno¶ci i król bez korony – gdybym ja nie był ptak morski szalony – gdybym ja nie był od męki sczerniały, gdybym ja nie był jak ¶piew na mogile – powiódłbym – na Termopile! *** W zaczarowanym lesie, pełnym ja¶ni bł±dz± głębokie cienie, pełne łez – ach, serce moje drży od łez, jak dziecię przerażone w ba¶ni. Na ¶niegu złote l¶ni± kaczeńce, lilowy szafran, blady szczaw – słońcu się kłoni±: my straceńce, lecz Ty nas w róży ¶wietnej zbaw. A słońce szydzi na lazurach: powiędn± róże, zmierzchn± bzy – lecz ja was pomszczę w ciemnych chmurach dobędę piorun z waszej łzy. *** Nade mn± leci w szafir morza obłok, pojony mlekiem gór – nade mn± ¶piewa ptaków chór – motyl, kochanek lilij łoża... A ja pod mrokiem łzy-kamienia s±czę swój ciemny jad, – lecz ¶miać się będę z przerażenia tego, kto zerwie kwiat. *** Rycz burzo! wichrze, potargaj te sznury, w których mię dławi nędzny karzeł – ziemia – i rzuć na przestwór, gdzie duch się oniemia w kabalistyczny poemat natury. Mroku podziemny! Twe głuche urwiska wiod± mnie w grobów zapomnianych szpaler – ja – Prometeusz przykuty do galer – lękam się zimnych gwiazd ur±gowiska. Ogień tajony serce moje kruszy, jako lodozwał granitow± skalę. Pelion na Ossę! morze rozszalałe, wulkany, słońca na zdobycie duszy – i cóż posiadłem? kwiat z niebieskich pól – cichy, bezkresny – niepojęty ból. KRÓL W OSJAKU „Lew się ducha we mnie sroży i rzuca się i rwie ludzi wprzód, nim się rozum obudzi”. Łun± rozpaczy zażegaj±c sioła zbiegłem, żywota nie chroni±c przed tużb±. Innego nie chcę, prócz ciszy, ko¶cioła, fałszywcom nie chcę być swakiem, ni drużb± – niechaj nas morza przedziel± i step – w miejsce korony wdziałem wilczy łeb. Polszcza... kochałem ja się w twych rumieńcach, którymi zorza wschodziła zza boru – i w twoich złotych warkoczach i w żeńcach – i w łyskawicach letniego wieczoru, i w ryku żubrów, id±cych na spój... od szlochu pęknie pier¶... Boh mój! Przez ducha mgły i w zbroic chrzę¶cie widzę ten cudny gród – w sadach wi¶niowych i w złocie. Tutaj zdobyłem cze¶ć – i tu straciłem szczę¶cie – tu greckiem wino lał bogini mej – Tęsknocie – tu Antygony cień ¶lepy mi przyzwał Mag – i tu w¶ród ciemnych burz słuchałem dzikich sag. Hej, przy księżycu srebrnymi podkowy zmiatałem kowyl z drużyn± po stepie... Hej, znawały mnie panieńskie alkowy, bo serca rubin pie¶niami rozszczepię! ja prosty rycerz – bard słońca i pól więcej zdobyłem królestw, niĽli – król. Raz – osaczywszy połowieckie wieże zsiadłem, rannego maj±c tabuńczyka – a słońce krwawe już otwarło dĽwierze, przez które dusza Bogu się wymyka; a na kurhanie stary Bojan grał – miedziane struny wieszcz± pie¶ni± rwał. I zmilkł. Ujrzałem olwijsk± kniaziównę na koniu w cwał lec±c± z Czarnomorza – Stanęła, klęka. Oczy gwiazdom równe wbija mi w serce, mówi±c: „ta krwi zorza – to moje władztwo! zgliszcza – to mój dom! biegłam – monachów maj±c z nożami – lub srom:”. Com odrzekł – nie wiem, bo chóry Eonów już mnie objęły w graj±ce pier¶cienie – i blask poczułem, jak jeden z tych Tronów na których gwiezdne oparł Bóg sklepienie. Szli¶my – tęczami obryzgani ros z kurhanów leciał dziwny – rajski głos. Lecz któż, o Panie, zmierzył Twe krawędzie i wieczno¶ć morza przelał do swej dłoni? Któż wie, co było – i któż wie, co będzie? za spadaj±c± gwiazd± któż pogoni? Pani! jedyna moja – wszech¶wiat w Tobie poznałem, bom go ukochał przez Ciebie! i je¶li teraz żyję smętny w grobie, to z wiar±, że się ocknę w Twoim sercu – w niebie Ach, gdym Cię złożył na marach otrut± – bólami ¶cięt± twarz – Ľrenice szklane – tom ja przysięgn±ł tak± pomstę lut±, jak Duch – co pisał ogniem: Thekel-Mane! Przez nocy tysi±c szukałem zbrodniarza, w gusła zabrn±łem i w czarne zaklęcia – Szatan objawił: zbrodniarz u ołtarza – – służy mnie – ale ma wygl±d jagnięcia – – służy mnie – ale go oddam bez żalu – – ażeby¶ poznał bratyma w szakalu. – Ty¶ go paiżem swym zasłaniał w sieczy – – niejedna tobie zań przylgnęła rana – – ale jest zdrady pełen duch człowieczy, – gorszej – niż ciało pal±ca toffana. – IdĽ w grób – i legnij pod ciemnymi jodły, – wszystkie cię gwiazdy prócz jednej – zawiodły. – I tę jedyn± – Tobie zadmuchnięto. – Ale masz w sobie, czego nikt nie zżarzy: – Prometeiczny ogień – duchów ¶więto – – w zamurowanym lochu blask witraży... Co¶ mówił jeszcze – koń mój zdębion trwog± szedł jaki¶ żebrak lichy wiejsk± drog±. Rozsiekłem. Z ¶wistem lec±c przez mokradła, deptałem węże jako srebrne struny – a z borów na mnie leciały widziadła i twarz zielona z nadpróchniałej truny – Wtem ko¶ciół. Z koniem wjechałem do nawy, lud ¶piewał. Chrystus patrzył na mnie łzawy. „Nie będę Tobie służył, Jezu miły, bo¶ nie jest Bogiem gwiazd ani ananki”. Na wieży dzwony same rozdzwoniły i same gasn±ć poczęły kaganki – on – słońce krzyżma wzniósł – lecz patrzył groĽno – już leżał w krwi... Ja król – ja sędzia – archanioł sumienia – zbirem stan±łem przed lico ojczyzny. Czemuż w mym sercu nie dotknęła blizny, któr± korona mi wryła cierpienia – czemuż na gwiazd mych nie patrzy agonię – krzyżow± mękę moj±: rex Poloniae! Je¶li niewinny – niebo mu otwarłem, sam żyj±c w piekle miło¶ci straconej, je¶li męczennik – jak lew go rozdarłem, ciemnym nieszczę¶cia grotem przebodzony – bo huczy we mnie tak ogromny dzwon, że gdy uderzy – to aż w Boga tron. Kto tu? znów przyszedł... oczyma przebija – szepce – tak cichy rozpacznie i blady „Jam ¶więty – zbawił mię Chrystus Maryja” – precz maro! szatan cię wysłał na zwiady – któż wie cokolwiek? dusza ciemny bór – dusi mię – słońca! – wieków chór... Jak cicho... w małym ogródku przy celi – czerwone maki i modre baldaszki i te dziewanny, jak w złocie anieli, i migoc±ce lazurowe ważki... Czy z mazowieckich jezior wy? czy na jej kurhanie gra pie¶niarz? czy w borach tam słychać szlochanie? ...I odleciały!... a jam rykn±ł płaczem – gardz± – nieszczę¶cia królem i tułaczem. Ojczyzno! mych krwawi±cych ko¶ci nie złożę w Tobie – bobym Piotrowinem ¶wiadczył, wbrew ducha miło¶ci – że¶ mi macoch± była, choć ja – synem. LAMENTACJE Szumi wicher – płacze, w gałęziach jodłowych – dok±dże mnie wiod± bogunki żałobne? – Poprzez góry, morza – przez wulkanów jamy powiedziem braciszka na trójsen głęboki. W pierwszym ¶nie on wy¶ni lico ukochanej i będzie z ni± płyn±ł po złotych jeziorach; a w drugim ¶nie bory, pałace wysokie, miesi±ce czerwone i serce Chrystusa; a w trzecim: głębokie groty lazurowe i gwiazdy graj±ce – i że jest – szczę¶liwy! O siostry żałobne – czemuż mię niesiecie w zimne kurytarze nad stoj±c± wod±? Ale nie odrzekły – twarz mi zakrywaj± i graj± i łkaj± na czarownym flecie. BA¦Ń ¦pi± wierzchołki gór w fioletowej mgle – tajemniczy bór ukołysał mnie – i przytulił mnie – usynowił mnie – i do siedmiu cór powiódł w białej mgle. Błyszczy zamek szklanny na czarnym ostrowie – a kwitn± dziewanny i maków p±sowie... Na bawolim zagrał rogu siwy groĽny Bór – wypłynęło na jezioro siedm królewskich cór. Ta Bez serca, jako hiacynt, jak hiacynt różowy, a Z wężami – jak lilija – lilija anielska; nad Umarł± szybowały krogulce i sowy, a Zaklęt± owionęły mórz głębokich zielska. Dumna rozpacz – na harfie lazurowej grała, Kwiat niewoli – łańcuchy do gwiazd przykuwała, a Nieznan± – tęczowe kryj± mi welony i jak pier¶cień Saturna, graj± złote dzwony. Do łodzi mię prosz± na bezchwiejne tonie – i kwiatem paproci operlaj± skronie – i płyn± w¶ród skał pod mostem kamiennym – idzie pacholę z krzyżem promiennym. NOCE POLARNE „Oto nas dwoje na ogromnej pustyni, wiec nas Bóg pewnie słucha i na nas patrzy; a je¶li o rzeczy dobre prosić go będziemy, to nie opu¶ci nas”. „I dziwił się Anhelli, że była spokojn± o przyszło¶ć, popełniwszy niegdy¶ zbrodnię wielk±, a nawet krwi± maj±c zmazane ręce” *** Jak zwiędłe li¶cie czerni± me kroki na ¶niegu, Noc cicha, błękitna mimo chmur. Błyskaj± ognie gdzie¶ z tamtego brzegu – w¶ród gór. Noc cicha – mimo chmur – mimo zawiei. Noc twórcza. Patrzę u¶miechniony w życie i ¶mierć. Jam brat Amaltei, ale z niebiosów str±cony. Apollo – Helios – Agni – więcej ma duszo – nie pragnij. Noc cicha, twórcza – borów szumy – nad morzem księżyc skrzy – W głębinie widzę tumy i wieże trzy. Na czarnej wieży bij± dzwony – to człowiek pogrzebiony. Na purpurowej groĽne straże – tam przeznaczenie każe. W trzeciej – co zowie się królewska – lampa niebieska – to Ty! *** W mym sercu ba¶ni o jutrzence i fantastyczne kwiaty szronu; w mym sercu jakby echo dzwonu; w mym sercu zakrwawione ręce graj± na strunach miesi±ca odwieczny ciemny hymn. Schodzę w labirynt podziemny – u stóp mych morze się roztr±ca. GŁĘBINY DUCH W żelaznych trumnach króle Tatry. Noc – wicher i warczenie chmur. Noc – głębia i błyskanie watry. Z topieli pełznie okrwawiony Mór. Na głębię! na głębię! na serce morza po¶ród gór – w¶ród skał lodowo-¶nieżnych wiruj± my¶li jastrzębie – duch rwie się do bezbrzeżnych krain. Odbijam tratwę w mrok i patrzę w ¶mierci jamę i tworzę now± pie¶ń, jak Jubalkain – olbrzymów pie¶ń – umarłych bogów dramę – olbrzymów pie¶ń – Wöluspa i Szachname. Wichry! ¶nieżyce! mych szałów tabuny! przepa¶cie! bory! słuchacze mych dum! w zatorach zemsty law kipi±cych szum – serc potrzaskanych tajemnicze runy – księżyce, gwiazdy – me bracia – me struny! Azalim skald? posiadłem dar cierpienia. Azalim król? któż większe ma przestworza? tak Atlantyda rzucona w gł±b morza tysi±cem kolumn błyszczy się i spienia. Znam bogów brzask: zielone oceany, w płomieniach zorzy lodowe katedry, ryk mastodontów, paro¶cie i cedry, harf złoto¶piewnych mistyczne peany i demiurgów orszak zadumany. Ponad górami, niby księżyc w pełni, snuje me serce czarodziejsk± przę¶l – fiołkowy obłok u stóp mych się wełni – a jezior szklanych zatopiona gę¶l gra wizje gwiazd – – ja z uchylonej trumny słucham – a wokół się wal± kolumny – i ziemia drży pode mn± – i drży serce moje, jak pos±g, w miażdżonej ¶wi±tyni – a w chmurach pędz± skrwawieni heroje, pytaj±c mię o znak: ¶mierć na pustyni! Nad gór± ¶wiata, nad głębiami szczytów, słyszę jęk matki, co mi serce rwie – rzucam w jej łono pył aerolitów – rzuciłbym słońce – lecz się łzami mglę. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Z czarnych kryształów mój pałac – w gryfy lemury rżnięty – gwiazdy przez witraż ¶wiec± zamarznięty. Perły posadzk±, w koralach namioty – hucz± nade mn± gdzie¶ przeznaczeń młoty. My¶l moja rzeĽbi pos±gowe mary [na Jowiszowym czole stygmat kary]. Po salach bł±dzę jako lew skrzydlaty [echem grobowym wtórz± kazamaty]. W melodiach ciszy nie zadrga zasłona [w trumnie z ołowiu kto¶ jęczy i kona]. Mrok zimny pluszcze w ¶piżowe podwoje [gwiazdy migoc± w zmarzłe serce moje]. Zgrzytnęły dĽwierze – ple¶ń i katakumba – pochodnia krwawi napis: in haec tumba. Wyrazy milkn±, lecz połysk przel¶niewa – w trumnie z ołowiu głos żałobny ¶piewa. Chyłkiem się wije cień zamaskowany – idę rozpacznie do ostatniej ¶ciany. Dotkn±łem gwoĽdzia – nisze się ozwarły – padłem na progu, jak człowiek umarły. Nieznana ręka podjęła mię z prochu – widzę grób – lampę konaj±c± w lochu. Na stopniach klękam sarkofagu – od blasków się Ľrenica mruży – jak dwa płomyki białej róży ¶wiec± dwie ręce zapalone – dwie żywe ręce – jak przy Magu – me serce żywcem pogrzebione. I zaszlochały łzy w głębinie, zamigotały skrzydła zmięte – aniołów graj± chóry ¶więte – w różanych widzę mgłach ¶wi±tynię – ale me serce już pęknięte – już go tym rajem nie upoję – anioły lec± ze mn± w boje. Precz! – i wydarłem złote miecze – od przepa¶ci moich progu wara wam – i wara Bogu! oto me serce człowiecze – rubinowa tajemnica – oto je rzucam w odmęty! – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – Jak czarna lecę błyskawica, nad przepa¶ciami słychać me tętenty. A za mn± ¶piewa borów chór i łkaj± dzwony zatopionych miast – krwawi się serce morza po¶ród gór – konaj± tęcze zdruzgotanych gwiazd – hurra – tytany! w ręku piorun siny – ten ¶wiat roztr±cić – w głębiny! w głębiny! NOKTURN Las płacz±cych brzóz ¶niegiem osypany, po¶cinał mi mróz moje tulipany. Leży u mych stóp konaj±ca mewa – patrz± na jej trup zamy¶lone drzewa. ¦niegiem zmywam krew, lecz jej nic nie zgłuszy – słyszę dziwny ¶piew w czarnym zamku duszy. UMARŁY ¦WIAT Pokażę zamek wam nad czarn± głębi±, zarosły w tarnię, bluszcz i dziewięciornik – pokażę duchów siedzibę jastrzębi±, wydart± przez mój miecz, a nie paciornik, i pójdę z wami w ¶piewne kurytarze – podziemny znicz i piorun wam ukażę. Królestwo moje na miedzianej turni nad łez dolin± w gradach i obłoku; na skalnej zbroi ¶ni± rycerze jurni, kołysz±c włócznie zielone w otoku – nad hełmem szafir, gwiazdami usiany, a pod pancerzem serce i wulkany. Jałowcem pachn± krzesanicy pola, białe pustynne jak sybirski cmentarz – wszystko tu wieczne, jak ból i niedola, a choćby¶ z pułkiem szedł, jak regimentarz, widz±c toń zimn± i martw± jeziora, poczujesz nagle w sercu szpon upiora. Dni moje przeszły, jak cień – i nic w górze – o Chryste – i Ty¶ min±ł – jestem dumny, widz±c zmierzch bogów – serce mam w marmurze, a me tęsknoty zwarły się w kolumny krwawych bazaltów... Nie dbam o bożyszcza – z Walhalli mojej dymi± mrok i zgliszcza. Zwano mię Chrobry. Stalowe koncerze biły jak hajnał w mego ducha dzwony, mój róg na puszczach zwoływał rycerze i rzewne w gajach straszył dziwożony, gdym wiódł w urocze rzek le¶nych zakręty purpur± strojne, zdobyte okręty. Obłok się we mnie wpił żelaznolicy i głaz otulił, jak giezło grobowe. Pamięć półsenn± dawnej mam ¶wi±tnicy, kiedy się w tęczach ukazował Prowe i pszczół pobrzękiem szumiały lewady – pod rosochatym dębem wojsk obrady. Lecz ¶wiat mój umarł. Bł±dzę nad wybrzeżem wsłuchany w pomruk wilgotnych kamieni. Mój róg – bez echa... Cisza mi pacierzem była, a dzi¶ już me serce rumieni. Gram tryumf – wicher mi łka przez szczeliny gram wieszczby – miesi±c zakrwawia się siny. Umarł... więc wichru i słońcu czarnemu, które już złotych nie wyda owocy, gram, – a hymnowi nie wy¶piewanemu wtóruj± cienie nadgwieĽdzistej Mocy... Mój Bóg już umarł... w ogniu swe sztandary palę: miło¶ci, nadziei, wiary... WIDMA Płyn± z mogił duchy białe, jak męczonych ofiar dym – i swe szpony zlodowiałe zatapiaj± w sercu mym. I powstaje niepożyta rozoranej ziemi moc – wicher ¶wiszcze, wicher zgrzyta, to upiorów s±dna noc. Kto jeste¶cie – biali króle – co szeptacie w sercu mym? wyj± bomby, ¶wiszcz± kule – i z reduty płynie dym. Jak ten żołnierz się krwawi... idĽ precz! szubienica skrzypi i powiewa – kto obróci w moim sercu miecz – temu serce moje pie¶ń za¶piewa. Ha – co¶ tętni – karawan i grób – ba, to jest – sędziego tron – widzę – siedzi w gwiazdach On – krwi± bez głowy ¶ciekaj±cy trup. A dokoła groĽny stan±ł huf – zamarznięty na bezdrożach lud – l¶ni± na barkach czarne pióra sów – a na hełmach ich gwiazdy – jak cud. I ugi±łem przed nim kolano – i sw± głowę złożyłem na pień – wtem zapłakał mi tęczowy Cień: czy miło¶ci± i ciebie zbł±kano? Ja odrzekłem: wyleję sw± krew za ten jeden z mego serca ¶piew – za ten jeden z ręki Bożej cud – za bij±cy w niebiosa grom – lud! Lecz zahuczał przeraĽliwy ¶miech – i na koniu poleciałem w cwał – a spod kopyt rozpryskiwał grzech – a na tr±bie grał ¶piżowej – Szał. I nie ż±dam już więcej aniołów – nie podaję już siebie na zgon – czuję – leci do mych oczodołów – z czarnej ręki sypi±cy się szron. I rozpędzam swego konia w cwał i przelatam żywe groby w skok – a na tr±bie gra ¶piżowej Szał – a gwiazdami osypuje – Mrok. *** „Izali nad umarłymi cuda czynić będziesz? Izali kto w grobie opowie miło¶ć Twoj± i prawdę Twoj± – w ziemi zapomnienia?” Duch mój zamieszkał wyludnione miasta i widmem nędzy przepala swe oczy – duch mój gdzie¶ w dale bezimienne kroczy, jak pogrzeb, wynosz±cy trędowatych z miasta. Bij± mi głucho popękane dzwony i anioł ciemny prowadzi za sob± – i jak biczownik, okryty żałob±, płaczę – a w łzach mych bij± nieszczę¶ć dzwony. W zmarzłej dolinie Cienia ¶mierci, gdzie gwiazd migoc± sarkofagi, buduję sobie dół – i nagi z płomieniem schodzę w cienie ¶mierci. ZAMEK DUSZY Ty u bram moich, wiekuisty Boże! wszak władc± grobów jestem i pustyni – nie władc± nawet, bo nieraz się korzę przed cieniem cienia – i smutek mię czyni bezwładnym, jako w krach zamarzłe morze. Ale racz wst±pić do skalnej wieżycy, gdzie moje tygry wy¶ciełam ajerem – przed Tob±, królu, stanę bez przyłbicy i miód wyniosę przedni – sercem szczerem – sam jestem – Bór i Po¶wist moi służebnicy Jarz± gromnice nad umarłym ciałem [z księgi mię żywych raczyłe¶ wymazać] – i obdarzywszy czarodziejstwa szałem – piekło mi każesz str±cać, gwiazdy stwarzać i jako harf± być – pod lodu zwałem.. O Miło¶ciwy! Ty mi ciemne moce na okręt życia-¶ dał – w puszce Pandory i serce moje – jak gwiaĽdzist± procę, rozwichrzasz duchem, co się rwie w przestwory a straż mi dzierż± głuche, zimne Moce. Oto mi płacze i budzi się wiecznie go¶ć mój tajemny i więzień nieznany – czasem, jak Helios, gra hymny słoneczne, a czasem jęcz±c jak żebrak złamany, tuli się do nóg moich – niebezpiecznie! Bo za jałmużnę łez – on dzikim ¶miechem wstrz±sa kamienny sklep – i aż w milczeniu skarg potępionych napełnia mię echem – a twarzy jego nie widać w płomieniu – a na Oliwnej Górze zwał go Chrystus – grzechem I teraz czuję – siedzi za m± głow± Archanioł senny, co na krańcach ziemi rozpostarł skrzydła i ba¶ń lazurow± gra na organach palcami srebrnemi – – – Miło¶ć – – i drugie niezgłębione słowo: ¦mierć. Miałem się Bogu spowiadać – nie będę. Niech serce leży w zimnej bazylice osnute w marzeń królewsk± legendę i w proch – dopóki zaszumi± orlice i tam unios±, gdzie wszystko zdobędę! wszystko! i Ciebie czarny Polifemie, co¶ mi roztrzaskał maszt niedoli głazem – – Serce jak wulkan w swoich ogniach drzemie, zarosłe lili± i błękitnym ¶lazem – aż buchnie – i krwi± sw± zaleje tę ziemię, co u podnóża ¶ni w jodeł tęsknocie, jako słowiki – gdy osi±d± groby. Serce me tętni w głuchym grzmocie i zasłuchane w płacz kamiennej Nioby, gotowe bluĽnić, że więdn± stokrocie. Niech więdn± – kwiaty rozstrzępione morzem, niechaj się więzień szalony u¶mierca, biegn±c puszcz wolnych lodowym bezdrożem – niechaj me serce pęknie – lecz z Twojego serca dobędę także jęk – tym ostrym nożem – – Ona umarła – i nigdy nie wstanie – Ona zaklęta – i nikt jej nie zbudzi – rzuciłe¶ w zimny loch – na obł±kanie tę ¦więt±, gdzie się zakrwawi i zbrudzi i wyprze Ciebie, słysz±c kurów pianie, słysz±c Judasza cekiny i Piłatow± sprawiedliwo¶ć Boga... – – – – – – – Ty opuszczony Starcze – bł±kasz się w zamieć zimow±, a nico¶ć bije w swoje czarne dzwony, a piorun wije gniazdo nad Tw± głow±. I tu przychodzisz – Twórco przeznaczenia – [jak mnich wyklęty – aż na krańcach wioski – do samotnego nędzarza – w¶ród cienia żebrz±c o węglik – w imię męki Boskiej...] – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – odszedł, nade mn± zwarły się sklepienia – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – Mroki, pochłońcie mię! wy mię zatopcie, głębiny, – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – On nad urwiskiem, osypany szronem gwiazd – w zakrwawionem przestworzu... O, przebacz nam winy, jako my Tobie – błogosławim dzwonem umarłych – – – maj±cych umrzeć tej godziny. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Aniołowie graj± hymn. – serce moje płacze – Aniołowie id± w dal – serce me przyklęka, – i zostałem sam – gdzie grobowca ple¶ń – słońca nigdy już – ni gwiazd nie zobaczę – a prowadzi mię jaka¶ m¶ciwa ręka – a prowadzi mię – wiekuistny żal.


Rozmiar: 2657 bajtów